Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookies w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Zamknij X
Runners Power
Aktualności

Aktualności

Strona głównaAktualności > Rodzinne zmagania z Janosikiem

Rodzinne zmagania z Janosikiem

21.08.16r.

Ultrajanosik - 80 górskich kilometrów.

Rodzinne zmagania z Janosikiem W tym roku biegowym postanowiliśmy zakończyć nasze starty w górach jakimś wspólnym biegiem. Dlatego szukaliśmy startu gdzieś w okolicach Tatr i zależało nam, aby to był bieg za dwa punkty liczone w kwalifikacjach Biegu Granią Tatr. Ja te punkty już mam, ale Gosia, aby w grani wystartować, właśnie ich potrzebowała.
W pasującym terminie mieliśmy do wyboru dwa biegi: Ultrajanosik i Tatra Fest Bieg. Oba w naszych ukochanych Tatrach i oba dające odpowiednią liczbę punktów. Wybór padł na Janosika, a zadecydował o tym charytatywny cel biegu. Wiedziałem, że organizatorem jest „Fundacja Na Ratunek” i każde 15zł z opłaty startowej przekazywane jest potrzebującej rodzinie z rejonu Spisza. A my osobiście i jako przedstawiciele Stowarzyszenia Runner’s Power wspieramy takie inicjatywy. Zresztą sami jesteśmy organizatorami biegów charytatywnych. Tak więc mieliśmy biec dla naszego Kuby Frąckowiaka i jeszcze pomagaliśmy w górach innym potrzebującym. Ponadto zawieźliśmy ze sobą reklamówkę nakrętek, gdyż organizator również ogłosił akcję ich zbierania.
Zakupiliśmy pakiety startowe i z całą rodziną zameldowaliśmy się u naszych znajomych w Nowej Białej. Do wyboru były dwa dystanse festiwalu biegowego Ultrajanosika: krótszy „Spiska Pętla 50km” i dłuższy „Pomsta Janosika 80km”. Zdecydowaliśmy się na ten dłuższy – jak już to już. ;) Urzekło nas to, że bieg w pierwszej części prowadzić miał po Tatrach Słowackich, a dalej po Spiszu Magurskim, a to zapowiadało widokową i urozmaiconą trasę.
Na bieg zapisało się niewielu uczestników i niech żałują Ci, co się wahali i nie wystartowali. Już teraz w tej części relacji mogę powiedzieć, bez podlizywania się, że choć był to bieg mały, kameralny, to zrobiony został z wielkim rozmachem. Dla mnie był to najlepiej zorganizowany bieg górski w jakim brałem dotychczas udział, a w kilku już uczestniczyłem. A dlaczego to mówię? To spróbuję wyjaśnić w dalszej części relacji.


Podam trochę „suchych” szczegółów trasy. Start wyznaczony został na dzień 13 sierpnia 2016 roku o godzinie 7:00 z parkingu przy wejściu na szlak Doliny Kaźmierowskiej Białej Vody. Trasa miała mieć około 78km z przewyższeniem + 2767 m, - 2822 m. Najwyższy punkt na trasie to: Vysne Kopskie Sedlo - 1933m.n.p.m. Meta zlokalizowana została w Niedzicy na Campingu Polana Sosny.
Dzień wcześniej w piątek odbieraliśmy pakiety startowe. Już tu można było zobaczyć profesjonalne podejście do tematu. Każdy element obowiązkowego wyposażenia został przez wolontariuszy punkt po punkcie sprawdzony. Na numerze startowym dokładna instrukcja zachowania się w razie wzywania pomocy. O godzinie 20:00 obowiązkowa odprawa i omówienie trasy. Główny organizator Sławek Konopka, przedstawił przebieg trasy na projektorze. Ten facet znał każdy kamień na 80 kilometrowej trasie – szok. Zapamiętałem kilka szczegółów typu: „nie ma mostku i trzeba brodzić przez kilkumetrowy potok”, albo „jak się na zejściu zaczną jarzębinki to będzie niebezpiecznie” i jeśli nie będzie taśm na trasie „w odległości powyższej 200  metrów to zabłądziłeś”. Mówię sobie „Gość” przesadza, ale on nie przesadzał - jak się potem miało okazać.
No to powrót do pensjonatu w Nowej Białej na ostateczne spakowanie się do plecaków biegowych i krótka drzemka do 3:45. Zbiórka w Niedzicy o 4:45, a o 5:00 wyjazd autokaru na miejsce startu do Słowacji.
Na parkingu czekamy za zabezpieczeniem ze strony Horskiej Służby i start o 7 rano. Od Sławka pada słowo pokrzepienia, ostateczne odliczanie i 55 śmiałków „grzeje” pod górkę. Pogoda wymarzona na takie górskie bieganie. Jest słonecznie, ale zarazem chłodno. Widoczność idealna. W oddali majaczy ogromny szczyt Łomnicy, w kierunku której udajemy się do pierwszego punktu kontrolnego - Schroniska Pri Zelonym Plese. Poruszamy się w górę - raczej na końcu stawki. Ogólnie widać, że zdecydowana większość to takie „górskie żyły”. Choć limity biegu były bardzo, ale to bardzo luźne, to na starcie nie ma przypadkowych zawodników. Widać, że wszyscy mają zaliczone już setki kilometrów górskich.
A więc jestem pilotem Gosi i nadaję jej odpowiednie tempo. Docieramy do schroniska, robimy zdjęcia w prześlicznej dolinie pod Łomnicą i zapijamy słowacką colę o nazwie Kofola. Przed nami drugi odcinek do miejscowości Zdziar. My ten bieg traktujemy raczej ulgowo, nie pilnujemy „międzyczasów”, robimy mnóstwo zdjęć i raczymy się pięknymi widokami natury.
Ten odcinek miał być najcięższy i faktycznie taki był. Choć stromo, to niżej od szlaku widzę dwie kozice górskie – niebywałe. Gosi każę wspinać się w górę, a sam raczę się górskimi widokami. Odrabiam zaległości i co jakiś czas doganiam żonkę. Tak mozolnie wspinamy się na najwyższy punkt na trasie Wyżne Kopskie Siodło na wysokości 1933m.n.p.m. Teraz już w dół. Po cichu myślę sobie, że najgorsze Gosia ma za sobą, bo ona przy mojej asekuracji dobrze radzi sobie na zbiegach. No i rzeczywiście na początku w dół było dość fajnie, lecz, jak to powiedział organizator, gdy zaczną się jarzębinka mamy uważać. No i zaczęły pojawiać się jarzębiny, a szlak zrobił się wąski, niebezpieczny i bardzo śliski. Mięśnie dają znać o sobie. Niestety okazuje się, że mamy tu najgorszy „międzyczas” ze wszystkich na całej trasie, a jest to zejście!!!
W końcu udało nam się zejść niżej i gnamy drogą, w towarzystwie tasiemek rozwieszonych na drzewach i krzakach. I faktycznie nie sposób zabłądzić. Jak powiedział Sławek tasiemki będą gęsto, a ja powiem więcej – były bardzo gęsto.
Docieramy do drugiego punktu kontrolnego i tam dwóch przemiłych wolontariuszy nalewa nam wodę oraz Kofolę do bidonów. Gosia zajada się smacznymi ciastkami, a ja pomidorami z solą. Moje zdziwienie jest takie, że punkt odżywczy ciągle ugina się od wszystkiego, a my przecież posuwamy się na końcu stawki. Tak sobie myślę, że albo Ci z przodu nie byli głodni, albo im się bardzo śpieszyło;). Ale fakt jest taki, ze organizator poszedł „szeroko i z rozmachem”;)


   Od Zdziaru żegnamy się z Tatrami Bielskimi i przed nami piękna Magura Spiska. Widoki inne, ale nadal cudne. W oddali, za mgłą, widać Giewont.
Co do biegu to widzę, że Gosia ma pierwszy mały kryzys, ale nie dziwi mnie to, bo po dwudziestu kilometrach przebytych w Tatrach, i to z takim ciężkim zejściem, ma prawo być bardzo zmęczona.
W pewnym miejscu na trasie mijamy ciekawy słowacki kompleks narciarski Bachledova-Jeziorsko-Frankova położony na wysokości 1160m.n.p.m. Robię sobie zdjęcia planu tras narciarskich – być może zimą przyjadę tu na narty.











Mijamy też, na jednej z hal, bacówkę z setką owiec, które wypasają się na naszym szlaku. Jest to dla nas, ludzi z nizin zjawisko niesamowite. Pogoda dalej dopisuje, nie pada, nie ma upału, a widoczność dalej znakomita.
I na trasie spotyka nas kolejna niespodzianka. Mamy przejść przez kilkunastometrowy potok na drugą stronę drogi. Ja po przebiegniętym trzy tygodnie temu SuperTrialu130 jeszcze teraz czuję rany na stopach, więc nie uśmiecha się mi się moczyć butów. Ponadto nie zapakowałem zapasowego obuwia na przepaku. Gosia wpada więc na świetny pomysł, aby buty zdjąć i przejść przez małą rzeczkę bosą nogą. 
Dochodzimy do trzeciego punktu kontrolnego w Kacwinie, jesteśmy już w Polsce. Tam młodzi wolontariusze napełniają nam bidony i częstują pyszną zupą pomidorową z kluseczkami. Dalej stoły uginają się od jedzenia, choć przez ten punkt przeszło już także 106 biegaczy z dystansu 50km. Na tym punkcie doganiamy kolegę Mateusza z Łodzi, który ma drobne problemy żołądkowe. Postanawiamy, że już do mety pójdziemy razem. No i tak sobie idąc, rozmawiając o tym i owym, gubimy trasę. Cofamy się z 500 metrów. Na rozdrożu nie możemy uwierzyć, że nie zauważyliśmy pięciu taśm wyznaczających właściwy szlak. Sami się śmiejemy ze swojego frajerstwa, które niestety boli.
I tak, we trojkę, coraz wolniej, posuwamy się do punktu kontrolnego w miejscowości Łapszanka. Widoki są obłędne. Z lewej strony Tatry, po prawej zalew Czorsztyński i Cztery Korony, a przed nami wyciągi w Białce Tatrzańskiej. Docieramy do przedostatniego punktu, gdzie jemy rosół. Niesamowite, rosół zrobiła Pani z pobliskiego pensjonatu, która udostępniła chyba też teren na swojej posesji. Tak sobie myślę, że ten Sławek Konopka to musi  być dobry gość skoro wszyscy mu tak pomagają w organizacji biegu. Wychodząc z punktu udaję się do przydrożnej kapliczki i dzwonię dzwonem, rozganiając ewentualne burzowe chmury. Dzwonienie tym dzwonem w dawnych czasach było „pogańskim obrzędem”, który miał odganiać gradowe chmury i pioruny. Teraz jest to taka atrakcja turystyczna.
Pozostało nam z 30 kilometrów do mety. Każdy już trochę marudzi. Mateusza boli kolano, Gosię bolą nogi, a mnie kręgosłup. Coraz mniej biegamy, praktycznie już tylko wtedy, gdy jest w dół. Na prostych i pod górę staramy się iść bardzo szybko. Jakoś w tych mękach docieramy do wsi Durszyn po drodze mijając drugie stado owiec, w których co trzecia sztuka jest koloru czarnego. Trochę mnie to dziwi, a trochę niepokoi, bo nie wiem czy przypadkiem nie mam jakiś zwidów. Ale okazuję się, że pozostali widzą to samo . W lepszych humorach docieramy do ostatniego punktu odżywczego, który obsługują strażacy z OSP Durszyn. Ten punkt zapamiętamy jako bardzo „wesoły”. Strażacy zagadują i chyba podrywają mi żonę, ;) co jest bardzo miłe dla niej, bo oznacza, że nie wygląda jeszcze źle po 60 kilometrach górskich w nogach. ;);)☺
Szkoda było opuszczać ten punkt, ale czas naglił więc schodzimy z punktu i teraz już tylko do mety w Niedzicy. Niestety, robi się ciemno w lesie i bardzo błotniście. Ostrzegał nas o tym Mateusz, który w dwa dni wcześniej, w deszczu oznaczał trasę. Jest naprawdę bardzo ślisko i  co chwilę wpadamy w kałuże z szarą breją. W końcu pojawiają się światła i droga asfaltowa na tamę w Niedzicy. Mijamy po lewej Zamek Niedzica i wchodzimy na oświetloną tamę. Teraz nie żałuję, że dotarliśmy tu po zmroku – oświetlona tama wygląda zjawiskowo. Ochroniarze z elektrowni wodnej wpuszczają nas tam, gdzie zwykli turyści nie mogą wchodzić. Mamy już tylko dwa kilometry do drugiej tamy na jeziorze Sromowskim i do mety na campingu.
W podskoku, przed godziną 22, przeskakujemy przez linię mety. Bardzo miłą niespodziankę sprawiła nam Kasia, przywożąc nasze dwie córeczki na metę. Otrzymujemy wspaniałe bluzy finiszera i jeszcze lepsze medale pamiątkowe. A medal - SZOK - podpisany jest moim imieniem i nazwiskiem.
Na GPS wychodzi, że pokonaliśmy 79km i 400metrów. Czas który uzyskaliśmy to 14h 38min. Gosia jest 7 na 11 kobiet, ale pierwsza z „czterdziestek”. To drugi jej sukces w tym roku, bo była już druga w kategorii na ultra maratonie 3xŚniezka=1xMontBlanc na dystansie 57km. Ale jak już pisałem - nie przyjechaliśmy tu na ściganie. Pragnęliśmy po raz pierwszy od dawna nie śpieszyć się na trasie, a raczyć się widokami. I ten bieg nam to umożliwił.










Wszystko zagrało „na piątką” albo raczej „szóstkę”. Organizator naprawdę postarał się o wszystko. Dekoracja zwycięzców była na drugi dzień. Były korale, chusty góralskie, Janosikowe czapki, nagrody do wylosowania. No i nie zmarnowało się jedzenie z punktów kontrolnych, bo zostało wyłożone do spożycia w trakcie nagradzania zwycięzców.
Mam nadzieję, że nie jest to moje odosobnione wrażenie, ale uważam, że Fundacja Na Ratunek ze Sławkiem Konopką na czele spisała się na medal. Myślę, że wszystko się udało głównie dlatego, że bieg robili biegacze „pasjonaci”, a oni najlepiej wiedzą, jak zrobić dobry bieg górski.

                                                                                  Pozdrawiam i dziękuję
                                                                                   Marek Matuszewski z Gosią

Dyskusja (komentarzy: )

Partnerzy

Salon masażu Paulina Krawczyk
Sremski Sport
dr Mateusz W. Romanowski
 Kancelaria- Walterowicz
Ultra Janosik
Zespół Szkół Ekonomicznych w Śremie

Sponsorzy

   tfpg_new_log_graf.jpg     Predictes  

Dowiedz się więcej o Runnerspower.pl

Grupa biegaczy Runner’s Power powstała w celu propagowania dyscypliny sportu – biegania. Na chwilę obecną nasz klub liczy ok. 60 członków zarówno osiemanstolatków jak i sześciesięciolatków, biegaczy z ogromnym doświadczeniem jak i początkujących. Zapraszamy wszystkich chętnych, którzy chcą zacząć przygodę z bieganiem, a takze tych co chcą zacząć profesjonalne treningi pod okiem profesjonalnego trenera.

Kontakt

Runner's Power
ul. Paderewskiego 1/8
63-100 Śrem
Kontakt :
  Marek    tel. 796804580
  Rysiek   tel.  501393041
   mail: rysmit@o2.pl

nr konta: Bank Spółdzielczy w Śremie
25 9084 0003 0010 6135 2000 0001