Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookies w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Zamknij X
Runners Power
Aktualności

Aktualności

Strona głównaAktualności > 130 km Marka na Super Trialu

130 km Marka na Super Trialu

05.08.16r.

Czego nie należy robić tydzień przed biegiem Ultra – czyli relacja Marka Matuszewskiego z biegu Super Trial 130.

130 km Marka na Super Trialu


W poniższej relacji napiszę, ku przestrodze, jakich rzeczy nie należy robić przed biegiem ultra, zwłaszcza na dystansie grubo ponad 100 km.
Pomysł startu w biegu Super Trial 130 w ramach Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich zrodził się po ukończeniu w zeszłym roku biegu K-B-L (110 km). Razem, te dwa biegi stanowią morderczy Bieg 7 Szczytów na dystansie 240km. Tak sobie planowałem, że może w 2017 roku spróbuję przebiec oba jednym ciągiem i zaliczę wówczas B7S 240km – ale teraz już mówię zdecydowanie NIE.

Oto kilka szczegółów technicznych tego malowniczego biegu.
Długość trasy: 130 km, a w zasadzie to 131 km;
Najwyższy punkt: Śnieżnik (1425 m. n.p.m);
Najniższy punkt: Nysa Kłodzka w Długopolu (382 m. n.p.m.);
Różnica wysokości 1021 m;
Całkowite wzniesienie terenu: 3881 m;
Całkowity spadek terenu: 4021 m.
Start miał miejsce 21. lipca 2016 w czwartek o godz. 18:00 z parku zdrojowego w Lądku-Zdróju
Meta była zlokalizowana w parku zdrojowym w Kudowie-Zdróju
  Pakiet startowy zakupiłem w grudniu i miał to być mój najważniejszy start w tym roku. Bieg zapowiadał się bardzo ciekawie, bo miałem mieć na trasie towarzystwo z postaci „Braciszków” Koszarek Maćka i Andrzeja. W zeszłym roku większą część trasy K-B-L 110 przebiegliśmy wspólnie i był to naprawdę udany bieg. Miałem małe obawy czy dam radę utrzymać się przy ich boku, bo Ci dwaj Panowie są prawdziwymi Ultrasami. Ich treningi nijak się mają do moich wypocin stadionowych. Trochę uspokajał mnie fakt, że dość dobrze wypadły moje tegoroczne starty górskie w Chojnik Maraton, 4xBabia Góra i 3xŚnieżka.
Dlatego też przed startem biegowo czułem się mocny, jednak popełniłem kilka rażących błędów, które nie powinny zdarzyć się takiemu biegaczowi jak ja. Pierwszym błędem było to, że uczestniczyłem tydzień przed startem w Charytatywnej Sztafecie pływackiej rzeką Warta i spędziłem jedną noc w kajaku. Ta nocka w deszczu i zimnie trochę mnie wypaliła i zostawiła rysę na zdrowiu. Fajnie, że miałem urlop w tygodniu startu, ale źle, że wziąłem sobie na głowę wykonanie remontów w domu. Wiadomo - biegacz trenujący normalnie nie ma czasu więc chciałem tam coś pomalować, coś przybić, przykręcić. No, a trzecim błędem było to, że pojechałem na sam start motocyklem, który jeszcze na złość szwankował podczas podróży. Te trzy rzeczy wykończyły mnie psychicznie i fizycznie.
Ku przestrodze innym biegaczom powiem tak: trzy dni przed takim startem należy mieć wszystko przygotowane i poukładane w głowie. Ja tego nie miałem. Dlatego kolejnym błędem było złe spakowanie się do plecaka i przepaka. M.in. nie zabrałem plastrów na otarcia, zapasowych butów i skarpet. Karygodnym błędem było to, że buty wyprałem i nie obiegałem ich na wcześniejszych treningach. Ponadto w tym całym rozgardiaszu nie odżywiałem się najlepiej. Nawet koszulkę startową założyłem odwrotnie przypinając numer startowy z tył. Masakra jakaś. Po prostu pech mnie prześladował i tyle.  No i na godzinę przed startem przeszła przez Lądek-Zdrój ulewa.
Ale to już koniec moich kłopotów przedstartowych. Teraz miały się zacząć kłopoty startowe. ;)
No to czas zacząć: start o godzinie 18:00 z Lądka Zdroju, gdzie miałem nocleg. Fotka na starcie i zasuwamy we trójkę. Z nami startuje 83 zawodników na dystansie 130km i przeszło setka „Szaleńców” na dystansie 240km.
Po ulewie pogoda na starcie była przyjemna, ale zapowiadano, że w nocy może nas dosięgnąć burza. Na szczęście to się nie stało. Od startu, przez pierwsze 10 kilometrów, do pierwszego punktu odżywczego, a w zasadzie nawodnieniowego, biegło się dość sprawnie i przyjemnie. Jedynym problemem był rozmokły teren. Póki widoczność była dobra udawało się omijać kałuże. Wiadome było, że przy czołowych latarkach ta sytuacja się zmieni. Na pierwszym wodopoju napełniłem do pełna bidony wodą, bo kolejny punkt odżywczy miał być za 22 km, a w górach to spory dystans. Do drugiego punktu odżywczego na Przełęczy Płoszczyna biegło się fajnie i przyjemnie. W połowie drogi założyliśmy latarki. Po ciemku kilka razy wpadłem w czarne błota, a poprzez sznurówki dostawała mi się maź do stóp. Już wtedy czułem, że uwiera mnie coś w jednym bucie. To nie zapowiadało przyjemnego biegu.
Na drugim punkcie odżywczym zaopatrzonym w owoce wciągnąłem kilka kawałków pomarańczy i arbuza oraz wypiłem z pół litra coca-coli.
No i od Przełęczy Płoszczyna zaczęło się dość ostre podejście pod Śnieżnik. Tempo biegu nadawał Andrzej, który po tym jak zrzucił od ubiegłego roku z 8 kg ma formę, że ho-ho. Ja już wtedy przeżywałem pierwsze kryzysy. Czułem, że robią mi się odciski na obu stopach, a także coś mi żołądek kiepsko pracował. Zdziwiło mnie to, że odbijało mi się zielonym ogórkiem – co by nie było dziwne, lecz ja tego ogórka jadłem ostatni raz z tydzień przed biegiem. Jak widać przy takim wyczerpaniu zdarzyć się może wszystko. Normalnie bałem się - czy nie zacznie mi się odbijać oranżadą z swojej komunii przeszło 30 lat temu. ;)
Samo podejście na Śnieżnik było naprawdę ciężkie i wyczerpujące. Andrzej podchodząc jako pierwszy cały czas ostrzegał nas o niebezpieczeństwach na trasie. Ja musiałem się zatrzymać na szczycie aby dowiązać buty bo robiły mi się coraz bardziej mokre i luźne. Już wtedy mówiłem chłopakom, aby mnie zostawili, ale oni ani przez chwile o tym nie chcieli słyszeć. Sam szczyt Śnieżnika nie wiem jak wygląda bo tylko zauważyłem kupę kamieni po prawej stronie szlaku w mroku. Od tego momentu pozostał nam zbieg w dół, a więc to co lubię. Jednak nie w tym dniu. Czułem się po prostu źle i tylko jakąś dziwną siłą trzymałem się „Bracholi”. Cały czas poruszaliśmy się podobnym średnim tempem około 9:10 na kilometr. Co zapowiadało, że na mecie możemy być pomiędzy 13-14. Ja wiedziałem, że nie dam rady tak dalej zasuwać. To po prostu nie był mój bieg, mój dzień. Co jakiś czas wyprzedzaliśmy biegaczy z dystansu swojego i 240. Głównie dlatego, że na starcie ustawiliśmy się raczej z tyłu, a tempo utrzymywaliśmy moce i równe.
I tak w dół dopadliśmy do 3-go pkt kontrolnego w Międzygórzu na 47 km trasy. Od 3-go punktu kontrolnego do 4-go dzieliło nas 17 km trasy. Ja chciałem tam być jak najwcześniej bo na przepaku czekały na mnie nowe skarpetki i miałem nadzieję, że w moim worku znajdują się też plastry na odciski.
Jednak myliłem się, skarpety były, ale plastrów nie było – zostały w hotelu. Na tym 4 punkcie kontrolnym zamarudziłem troszkę, bo zmieniałem skarpetki i zamówiłem kawę za którą czekałem, aż się zaparzy. Nowe skarpety pomogły tylko przez kolejna godzinę. Wtedy już wiedziałem, że nie dam rady poruszać się do końca tym tempem. Stopy mnie paliły, a żołądek co jakiś czas dawał złe znaki. Parę razy wtedy marudziłem i chciałem, żeby „Braciszkowie” mnie opuścili, ale oni nie bardzo się do tego kwapili. Cały czas mnie motywowali i lekko poganiali. Za co bardzo im dziękuję.
W żarcie poprosiłem Macieja o to, że jak za rok będę miał zamiar zapisać się na bieg B7D-240km to ma przyjechać na mój trening i drągiem walnąć mnie w plecy tak mocno, aby mi tą głupotę wybić z głowy i abym sobie przypomniał dzisiejsze męki SuperTrialowe na 130km.
Dla moich mąk na szczęście zrobiło się jasno i łatwiej można było omijać wodno-błotne przeszkody. Minusem było to, że słoneczko zaczęło ostro grzać. A to wcale nie pomagało. Dużo piłem i nie czułem skutków ewentualnego odwodnienia. Jednak stopy były w opłakanym stanie - czułem z każdym krokiem jakby mi je ktoś je gorącym żelazem przypalał.
Po moich kolejnych namowach chłopaki zgodziły się, że od 100 km jak nie dam rady to polecą sami, ale do setki mam się trzymać ich i koniec. Co było robić - zacisnąłem zęby i zasuwałem tempem Andrzeja. To naprawdę głupie uczucie kogoś spowalniać. Choć jeszcze głupsze jest to, że serce i nogi chcą, ale każdy krok sprawia coraz większy ból. A na dodatek na tym fragmencie trasa była w dużej części asfaltowa i rozgrzana od słońca – więc stopy paliły podwójnie.
W tych mękach wdrapaliśmy się najpierw do Schroniska Jagodna na 87 km trasy, a  potem na 100 km do Masarykowej Chaty po Czeskiej stronie. Tutaj się rozstaliśmy, a ja miałem nadzieje, że uda mi się utrzymać tempo 2godzin na 10 km, aby zdążyć przed 16 na metę. Bo o tej godzinie miał odjeżdżać pierwszy autobus do Lądka Zdroju.
Chłopaki pognały do mety, a ja włączyłem tzw. „tempo dotarcia do mety z jak najmniejszym bólem”. I  tak udało mi się dokulać do ostatniego punktu kontrolnego na 112 km trasy. Wiedziałem, że zostało mi tylko 18 km trasy. Gdyby nie te cholerne odciski zrobił bym to w dwie godziny, a ja po prostu prawie nie mogłem iść. Podkurczałem palce stóp, szedłem bokiem, podpierałem się znalezionymi kijami. I tak ten odcinek przeszedłem w mozolnym tempie 3 godzin.
W Kudowie-Zdroju doznałem małego zaskoczenia, gdyż GPS pokazywał, że przebyłem 130km, a mety nie widać. Dopiero za jeden kilometr wpadłem do parku zdrojowego i przy głosie spikera prezentującego moje dane zmusiłem się do biegu.
Zaraz za metą zostałem odznaczony medalem, wolontariusze przynieśli mi worek z rzeczami i w bardzo przyjemny sposób sprawdzono moje obowiązkowe wyposażenie. W ogóle na mecie wolontariusze byli jak „siostry przymierza”, przynosili wodę, jedzenie, lód - po prostu super.
Podsumowując pod względem organizacyjnym bieg to „pełna profeska” jak całe DFBG – biuro zawodów, wolontariusze, punkty odżywcze, położenie startu i cała atmosfera to piątka z plusem.
Jedynym minusem organizacyjny całej imprezy jest to, że trasa biegu kończy się w Kudowie- Zdroju. I jeśli nie ma kto cię odwieść do Lądka – Zdroju jesteś zdany na autobusy organizatora. A ten pierwszy odjechał dopiero o 19:15, a bieg ukończyliśmy około 14:00. Te pięć godzin czekania to trochę dużo czasu. Dlatego albo organizator to poprawi, albo trzeba sobie zorganizować swój własny transport.
Natomiast ja mój bieg, pod względem swojej organizacji, uważam za najgorszy i to wyłącznie na swoje życzenie.
Ze sportowego punktu widzenia jestem bardzo zdziwiony, że udało się uzyskać całkiem przyzwoity wynik.
Czas 21 godzin 13 minut dał mi 29 miejsce open i 10 w swojej kategorii wiekowej. Dla mnie przy tych mękach – sukces. „Braciszkowie” ukończyli bieg 50 minut przede mną.
Parę dni po biegu wróciłem do zwykłych treningów i nie odczuwałem jakichś niedogodności. A teraz przede mną i moją żoną Gosią ostatni start górski: 13 sierpnia 2016 r. „Ultrajanosik - Pomsta Janosika” na dystansie 80km. Cieszę się na ten bieg po Tatrach Bielskich i Spiszu - bo będę w nim biegł wspólnie z Gosią, a to czysta przyjemność.
                                                                                                      Marek Matuszewski

Dyskusja (komentarzy: )

Partnerzy

Gmina Śrem
Śremski Sport
Enigma - Nieruchomości
Wielkopolskie Centrum Fizjoterapii.pl
Zespół Szkół Ekonomicznych w Śremie

Sponsorzy

   
REHAU_Logo_sRGB-(1).jpgtfpg_new_log_graf.jpg
     Predictes  

Dowiedz się więcej o Runnerspower.pl

Grupa biegaczy Runner’s Power powstała w celu propagowania dyscypliny sportu – biegania. Na chwilę obecną nasz klub liczy ok. 40 członków zarówno osiemanstolatków jak i sześciesięciolatków, biegaczy z ogromnym doświadczeniem jak i początkujących. Zapraszamy wszystkich chętnych, którzy chcą zacząć przygodę z bieganiem, a takze tych co chcą zacząć profesjonalne treningi pod okiem profesjonalnego trenera.

Kontakt

Stowarzyszenie Runner's Power
ul. Paderewskiego 1/8
63-100 Śrem
NIP 785-17-95-658

Kontakt :
  Marek    tel. 796804580
  Rysiek   tel.  501393041

 mail: runnerspower2011@gmail.com

nr konta: Bank Spółdzielczy w Śremie
25 9084 0003 0010 6135 2000 0001